Stan wojenny oczami kobiety, ukaranej najwyższym wyrokiem w kraju


Z Ewą Kubasiewicz-Houée, która w stanie wojennym otrzymała najwyższy wyrok w kraju – 10 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych – rozmawia Maria Giedz.

Maria Giedz – Był 16 grudnia 1981 r., czwarty dzień stanu wojennego i trzeci dzień strajku w Wyższej Szkole Morskiej. Na ulicach czołgi i ZOMO, Pani ukochana „Solidarność” w rozsypce, Pani koledzy zmęczeni, sytuacja patowa, bez nadziei. Co Pani czuła, kiedy trzeba było zakończyć strajk, który nie dawał szansy na powodzenie?

Ewa Kubasiewicz-Houée – Była to dla mnie i dla nas wszystkich bardzo trudna i wręcz tragiczna chwila. Ten strajk był naszym obowiązkiem. Musieliśmy zaprotestować przeciwko bezprawiu, mimo że sprawa była beznadziejna. To, czego spodziewaliśmy się od dawna, stało się więc faktem. Byłam zrozpaczona.

Maria Giedz – Co Pani czuła, kiedy tego 16 grudnia szła Pani ulicą Czerwonych Kosynierów w Gdyni (dzisiaj ul. Morska) z Jerzym Kowalczykiem? Czy wierzyła Pani, że to tylko chwilowe opuszczenie szkoły, czy też zdawała sobie Pani sprawę, że skończyło się coś pięknego i już nie powróci?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Zbyt dobrze znałam komunę, aby myśleć, że to chwilowe opuszczenie szkoły. Zdawałam sobie doskonale sprawę z tego, że zakończył się najpiękniejszy rozdział mojego życia. Nie zastanawiałam się wówczas nad tym, czy to kiedyś jeszcze powróci. Mieliśmy dość przykładów w krajach bloku komunistycznego na zdławienie zrywów narodowych, jak choćby na Węgrzech czy w Czechosłowacji, aby mieć jakiekolwiek wątpliwości, co do tego, że walka o wolność odsunięta została na długie lata.

Maria Giedz – W dobrze napisanej, trzymającej w napięciu, biograficznej książce „Bez prawa powrotu” pisze Pani o swoich patriotycznych korzeniach. Dlaczego taka osoba jak Pani: polonistka, z rodzinnym bagażem akowskim, od dawna zaangażowana w działalność opozycyjną, doskonale znająca realia PRL-u była tak nieostrożna, tak łatwo dała się zaaresztować? Atmosfera stanu wojennego, od co najmniej miesiąca, „wisiała” w powietrzu, dlaczego nie pomyślała Pani o bezpiecznym miejscu ukrycia?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – To prawda. Spodziewaliśmy się wprowadzenia stanu wyjątkowego. Tak to wówczas nazywaliśmy. Wydawało nam się jednak, że władza nie zrobi tego bez zgody Sejmu. A najbliższe posiedzenie Sejmu miało się odbyć dopiero za jakiś czas. Poza tym zależało nam na tym, aby ostrzec członków związku przed tym niebezpieczeństwem i przygotować wszystkich na konieczność przeprowadzenia strajku generalnego. Oficjalne władze związkowe nie zrobiły nic w tym zakresie. W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku uczestniczyłam w zebraniu tzw. Gwiazdozbioru, czyli w grupie działaczy związkowych skupionych wokół Andrzeja Gwiazdy, gdzie przygotowywaliśmy tekst ulotki ostrzegawczej, która miała być wydrukowana i kolportowana następnego dnia. Działaliśmy więc do ostatniej chwili.

Maria Giedz – 3 lutego 1982 r. otrzymuje Pani najwyższy w Polsce wyrok stanu wojennego: 10 lat więzienia i 5 lat pozbawienia praw publicznych za zredagowanie i wydrukowanie jednej ulotki – warto było? Jeden kawałek papieru podpisany Pani nazwiskiem przekreślił całe Pani życie: karierę zawodową, życie rodzinne, młodość syna.

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Myślę, że Pani zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że wyrok ten nie zapadł z powodu jednej ulotki. Błędem byłoby myśleć, że to chodziło o jeden kawałek papieru, jak Pani mówi. Trzeba pamiętać, że władze ogłosiły abolicję na wszystkie działania przed 13 grudniem 1981 roku. Oficjalnie więc Sąd Marynarki Wojennej nie mógł mnie skazać za to, co robiłam przed tym terminem. Uczepili się więc tej ulotki, bo niczego innego nie mogli nam wytknąć. W gruncie rzeczy skazano nas wszystkich za całą naszą działalność prowadzoną przez półtora roku istnienia związku. Gdy zaś chodzi o mnie, to jestem przekonana, że nie bez znaczenia był fakt, iż działałam na terenie Wyższej Szkoły Morskiej, uczelni paramilitarnej. Nasza działalność związkowa miała wielki wpływ na naszych studentów i to było bardzo groźne dla władz. Ten wpływ na młodzież wytykano mi wielokrotnie podczas procesu. Nawiasem mówiąc nasze uczelniane Niezależne Zrzeszenie Studentów, działające pod wodzą wspaniałego, energicznego Jacka Boronia było tak aktywne, że nie potrzebowało od nas dodatkowej zachęty do działania. Ważne też było to, że nasza Komisja Zakładowa założyła niezależne wydawnictwo, które wydawało pozycje książkowe z najnowszych dziejów Polski i innych krajów bloku sowieckiego. Nawet w okresie, kiedy NSZZ Solidarność był bardzo mocny, wybrzeżowa prasa domagała się, aby sprawą zajął się prokurator. Ponadto byłam członkiem Komisji Regionalnej i wiceprzewodniczącą komisji uczelnianej i odpowiadałam za prasę oraz wydawnictwa i wreszcie należałam do środowiska, które przez władze traktowane było jako radykalne, które nie da się tak łatwo wymanipulować. To wszystko złożyło się na ten wyrok.

Maria Giedz – Nie była Pani najważniejszym, pierwszoliniowym działaczem „Solidarności”, a jednak to Pani otrzymała najwyższe ubeckie „wyróżnienie”. Zadawała sobie Pani pytanie – dlaczego akurat ja? Jaki mechanizm psychologiczny zadziałał, że doszło do takiego upokorzenia młodej, atrakcyjnej kobiety, i to właśnie kobiety? Dlaczego żaden mężczyzna nie dostał tak wysokiego wyroku, zwłaszcza że najczęściej mężczyźni wiodą prym w działalności politycznej?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Nasz proces był procesem pokazowym. Chodziło o to, aby przestraszyć społeczeństwo. To stara komunistyczna metoda. Chciano pokazać jak będą karać buntowników. Nie bez powodu też termin został wyznaczony na 1 lutego 1982 (proces trwał trzy dni). 31 stycznia bowiem odbyły się wielkie manifestacje w Gdańsku protestujące przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Już zaraz następnego dnia rozpoczęto więc ten pokazowy proces, a trzeciego dnia wydano szokujące wyroki, które w zamierzeniu władzy miały sparaliżować dalsze działania protestacyjne. Nie zgadzam się z Pani stwierdzeniem, że zostałam upokorzona. Wręcz przeciwnie. Uważam, że zostałam wyróżniona i że sąd docenił to, co robiłam. Władze bały się bardzo jakichś rozruchów w środowisku wojskowym. Jestem pewna, że to wszystko było robione dla zastraszenia. Chcieli pokazać społeczeństwu, że kobiety też będą surowo karane.

Maria Giedz – We wspomnieniach z więzienia w Fordonie i w Grudziądzu znajduje się stwierdzenie, że pierwszą rzeczą było upominanie się o poprawę warunków naszego bytowania, zaczęłyśmy pisać skargi. Kto wymyślił to pisanie skarg i czy wierzyła Pani, że one odniosą skutek?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Nie potrzeba było tego specjalnie wymyślać. Przez półtora roku istnienia „Solidarności” cały czas trzeba było walczyć o wszystko. Większość więźniów politycznych była więc już do tego przygotowana. A czy wierzyłam, że to odniesie skutek? Tak, byłam przekonana, że jeżeli będziemy konsekwentne w naszych działaniach, to to coś da.

Maria Giedz – Brud, pluskwy, karaluchy, skąd brała Pani siłę na przezwyciężenie wstrętu do tego? Czy to górska wspinaczka zaprawiła Panią do znoszenia takich obrzydliwości?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Dla kogoś, kto nigdy nie znajdował się w takich warunkach, to może być trudne do zrozumienia, ale to prawda, że do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nie znaczy to jednak, że się takie warunki akceptuje, i dlatego musiałyśmy ciągle o coś walczyć.

Maria Giedz – Czy może Pani opisać jak wyglądało codzienne życie w więzieniu?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – O życiu codziennym w więzieniu można by dużo opowiadać. Na pewno nie było łatwo. Wczesne wstawanie, potem zaraz apel (później odmówiłyśmy stawania do apeli), nędzne śniadanie i czekanie na 45-minutowy spacer, jeżeli się np. nie było go pozbawionym za karę. A my, ponieważ protestowałyśmy przeciwko wielu sprawom, to często byłyśmy karane w rozmaity sposób. A to odbierano nam prawo do spaceru, to znów pozbawiano nas prawa do korespondencji z rodziną czy wizyt najbliższych itp. Od samego początku odmówiłyśmy pracowania. Praca w więzieniu była niewolnicza, płacono grosze i odciągano pieniądze za wyżywienie. Wychodziłyśmy z założenia, że jeżeli władza ludowa nas zamknęła, to niech nas żywi. Z tego właśnie powodu karmiono nas wg tzw. normy „nie praca”. Było to naprawdę minimum, tyle, aby można było przeżyć. Poza tym każda z nas sama organizowała sobie życie w celi. Ja np. uczyłam się francuskiego. Byłyśmy bardzo solidarne i pomagałyśmy sobie wzajemnie.

Maria Giedz – To Pani podjęła się przekazywania grypsów. W jaki sposób to Pani robiła, że przez półtora roku nikt na tym Pani nie złapał?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Nie tylko ja, każda z nas starała się przekazywać informacje podczas widzeń. Ja po prostu może miałam większą możliwość przekazania tych informacji dalej, do podziemnej prasy i rozgłośni zagranicznych dzięki moim przyjaciołom z opozycji, którym mój mąż, Marek Kubasiewicz, przekazywał te informacje. Albo starało się wynieść gryps, albo wprost mówiło się o wszystkim podczas widzenia. To, oczywiście, było zakazane i takie widzenie mogło zostać przerwane. Tak też się stało parę razy. Ja moje grypsy przeważnie przenosiłam w ustach. Najczęściej jednak mówiłam otwartym tekstem to, co miałam do powiedzenia. Funkcjonariusze więzienni nie mogli nam ciągle przerywać widzeń, bo informacja o tym dostawała się zaraz do rozgłośni radiowych i nie przysparzało to sławy władzom danego zakładu karnego.

Maria Giedz – Kochała Pani góry, miała Pani rodzinę, czy nie szkoda było Pani młodości na „Solidarność”? Zwłaszcza po wyjściu z więzienia, czy nie żałowała Pani swojego zaangażowania w „S” Była Pani pełna nadziei, zapału do dalszej pracy i nagle okazało się, że nie jest Pani potrzebna ludziom „Solidarności”, ludziom podziemia?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Nigdy nie żałowałam mojego zaangażowania w „Solidarność”. Oczywiście, byłam bardzo rozgoryczona, kiedy Bogdan Borusewicz zamknął mi możliwość dalszego działania. Wpierw trudno mi było w to uwierzyć, że tak mógł postąpić. Potem jednak zrozumiałam, że było to działanie celowe, mające na celu odsunięcie od działalności ludzi, którzy nie byli mu bezwzględnie podporządkowani.

Maria Giedz – Bogdan Borusewicz oskarżył Pani męża, mówiąc, że jest agentem. Przed Panią zamknęły się wszystkie drzwi – jak to było możliwe, aby żona agenta dostała najwyższy wyrok?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Tak, Borusewicz rzucił to oszczerstwo nie poparte żadnym dowodem. Zawsze to było robione tak, aby nie można było tego sprawdzić. Np. w Krakowie mówiono, że wpadł przez Marka ktoś z Gdańska, a w Gdańsku rozpowszechniano wiadomość, że przez niego wpadł ktoś z Białegostoku. Andrzej Gwiazda doliczył się kilkunastu takich wersji, często wzajemnie się wykluczających. W wydanych w ubiegłym roku swoich wspomnieniach Borusewicz daje jeszcze inną interpretację. Widać jednak wyraźnie, że to wszystko nie trzyma się kupy. Twierdzi np., że Marek wiedział o tym, iż Bogdan spotyka się z Kapczyńskim, choć przyznaje, że o konkretnym terminie tego spotkania nie wiedział. Jak więc mógłby naprowadzić ubecję na spotkanie, o którym nie miał pojęcia? To zupełny brak spójności. A poza tym całe Trójmiasto prawie wiedziało o tym, że Kapczyński spotyka się z Borusewiczem. I jeszcze jedno. Twierdzi również w tej książce, że dopiero po rewizji w mieszkaniu, w którym była drukarnia, zorientował się, że to Marek Kubasiewicz musiał ubecji powiedzieć o jej istnieniu. Według Kapczyńskiego jednak opisywana sytuacja miała miejsce w sierpniu 1983 roku, a informację o tym, że Marek Kubasiewicz jest agentem Borusewicz podawał już znacznie wcześniej, przed grudniem 1982 roku. Mamy na to konkretny dowód. Właśnie pod koniec 1982 roku Jacek Boroń, przewodniczący NZS w Wyższej Szkole Morskiej poinformowany został o tym przez pana rektora Kosteckiego. Nie wspomina też, że ubecja pomimo rewizji nie znalazła tej ukrytej maszyny, mimo że Marek znał miejsce jej przechowywania. Drukarnia działała już od 17 miesięcy. Ale o tym nie ma ani słowa. Zapomniał też wspomnieć, że w tym mieszkaniu wcześniej bywał Florian Wiśniewski, zdemaskowany później jako tajny współpracownik „August”. Przykłady takie można by mnożyć. Osoby zainteresowane bliżej tymi sprawami mogą sobie przeczytać list napisany przez Joannę i Andrzeja Gwiazdów adresowany do Kolegium IPN. List ten dostępny jest na stronie internetowej Solidarności Walczącej www.sw.org.pl (zakładka „Relacje”).

Maria Giedz – Rozstała się Pani z mężem, czy to oznacza, że Pani uwierzyła Borusewiczowi?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Rozstaliśmy się z mężem z zupełnie innych powodów. Wyjaśniłam to w mojej książce. A Bogdan Borusewicz jest ostatnią osobą, której bym uwierzyła.

Maria Giedz – Pani książka ukazuje inną prawdę o „Solidarności”, niż książka Borusewicza pisana piórem Edmunda Szczesiaka. Czy odejście Pani od męża można potraktować jako rozpaczliwy akt chęci pogodzenia „Gwiazdozbioru”, do którego Panią przypisano, z podziemiem Borusewicza?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Moja książka nie może potwierdzać tego, co mówi Borusewicz. To zupełnie zrozumiałe. Nigdy też nie miałam zamiaru godzić z nim Gwiazdozbioru. Po prostu nie chciałabym mieć z nim nic wspólnego. Jego postępowanie było zawsze dla mnie dwuznaczne i rozumiałam je jako chęć zdezintegrowania środowiska opozycyjnego. Takie samo wrażenie odnoszą też inne osoby z naszego otoczenia. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego tak postępował i postępuje nadal? Osobiście jestem święcie przekonana, iż Bogdan wie, że Marek nie jest i nigdy nie był agentem. Notabene IPN przyznał Markowi w ubiegłym roku status pokrzywdzonego!

Maria Giedz – Dla mnie jest Pani autentyczną ofiarą i to taką, o której się zapomniało, którą wykorzystano i porzucono, jak Pani może z taką świadomością żyć, i to nadal bardzo aktywnie?

Ewa Kubasiewicz-Houée  – Nie czuję się żadną ofiarą i nie wszyscy o mnie zapomnieli. Byłam przecież członkiem Komitetu Wykonawczego Solidarności Walczącej, a potem szefem struktur zagranicznych SW. Jak Pani widzi, zostałam doceniona przez ludzi tzw. pierwszej Solidarności. Na wiele pytań nie mamy jeszcze dzisiaj odpowiedzi. IPN nie zbadał jeszcze akt kontrwywiadu i akt wojskowych. A Sławomir Cenckiewicz, szef komisji badającej sprawę WSI, nie został w ogóle wpuszczony do archiwum kontrwywiadu w Gdyni. Mówi o tym w wywiadzie zamieszczonym niedawno w tygodniku „Wprost”. Gdańska agentura też nie jest badana, tak samo jak akta Marynarki Wojennej, bo nie ma wystarczającej ilości personelu i, być może, nie ma woli politycznej. Nie tracę jednak nadziei na to, że prawda kiedyś wyjdzie na jaw.

Maria Giedz – Wyjechała Pani do Francji, założyła Pani rodzinę, sądzę, że to taka podświadoma ucieczka, chociaż Pani zaangażowanie w dwie fundacje poświęcone dzieciom: „Lumiere des Enfants” i „Les Enfants de la Baltique” sugeruje, iż idea prawdziwej solidarności jest w Pani nadal bardzo żywa. Może Pani coś powiedzieć o pracy na rzecz tych fundacji?

Ewa Kubasiewicz-Houée – Mój wyjazd do Francji nie był żadną ucieczką. Nigdy nie zamierzałam wyjeżdżać z kraju. O tym zadecydowały dwie sprawy: poznanie mojego obecnego męża, Yvesa Houée, działającego wówczas w bretońskim oddziale Amnestii Międzynarodowej, który walczył o moje uwolnienie, zbiegło się z misją, jaką powierzył mi Komitet Wykonawczy SW. Chodziło o koordynację przedstawicielstw zagranicznych na Zachodzie. Na wysłanie kogoś na Zachód z tzw. znanym nazwiskiem nalegał Redaktor Jerzy Giedroyc. Natomiast dwa francuskie stowarzyszenia, o jakich Pani wspomina, to inna sprawa. Zawsze byłam bardzo uczulona na sprawy dzieci i młodzieży. „Lumiere des Enfants” zaadoptowało 23 polskich dzieci. Pomagałam w tych adopcjach, tak samo jak moja synowa, Magda Czachor, która opiekowała się francuskimi rodzinami przyjeżdżającymi do kraju załatwiać formalności. Zasługuje na podkreślenie fakt, że to stowarzyszenie brało do adopcji najcięższe przypadki, dzieci bardzo chore lub duże, takie, które nie miały już szans na adopcję krajową. Nigdy nie mieliśmy szczęścia, aby otrzymać jakieś zdrowe lub bardzo małe dziecko. Szukanie rodzin dla tych dzieci stawało się więc coraz trudniejsze i Polacy też wolą, aby dzieci pozostawały w kraju.

Tak więc stowarzyszenie to zaprzestało obecnie współpracy z naszym krajem. Utrzymujemy jednak nadal kontakt z tymi dziećmi i śledzimy ich losy.

Drugie stowarzyszenie jest bardzo czynne, pomaga dzieciom z biednych, wielodzietnych rodzin i wspomaga Centrum Szkolno-Wychowawcze w Nowym Dworze Gdańskim. Współpraca ta trwa już od wielu lat. Ja zajmuję się tłumaczeniem kartotek osobowych i medycznych tych dzieci, korespondencją z Nowym Dworem i z różnymi innymi urzędami oraz ludźmi dobrej woli. Pomagam też każdorazowo w przygotowywaniu podróży delegacji francuskiej odwiedzającej nasz kraj.

Maria Giedz – Dziękuję za rozmowę.

Ewa Kubasiewicz-Houée, córka Antoniego, Sylwestra Kielasa, który w 1920 r. walczył w wojnie polski-bolszewickiej. Z wykształcenia polonistka i dyplomowana bibliotekarka, z zamiłowania taterniczka. Od ukończenia studiów pracowała w bibliotece Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. W latach 80. była członkiem Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” i wiceprzewodniczącą Komisji Zakładowej w WSM w Gdyni. Aresztowana 20 grudnia 1981 r., 3 lutego 1982 r. skazana na 10 lat, więziona w Fordonie pod Bydgoszczą i w Grudziądzu. Po wyjściu na wolność (6 maja 1983 r.) została przez Bogdana Borusewicza odsunięta od działalności w podziemiu za nieudokumentowane pomówienie o współpracę z SB jej męża. W maju 1983 r. związała się z „Solidarnością Walczącą” i została członkiem Komitetu Wykonawczego. W 1987 r. wyszła ponownie za mąż za członka bretońskiego oddziału Amnesty International i 31 stycznia 1988 r. wyjechała do Francji, gdzie mieszka do dzisiaj i jest aktywna, pomagając m.in. polskim dzieciom z ubogich rodzin.

fot. za portalem http://www.wpolityce.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: