Marek Baterowicz – CZAS BY KRZYKNĄŁ KORDIAN


 

 

 

Od 1945 roku w dorzeczu Wisły rozlegał się donośny głos chama, przez małe „c”. Był to głos politruka, oficera UB ( lub NKWD), sekretarza PPR czy innego komucha. Najpierw jednak była zdrada. A potem wywózka „Szesnastu” przedstawicieli Polski Podziemnej, oszukanych słowem „honoru” płk.Pimienowa. Sarmaci jeszcze wierzyli w honor czerwonoarmiejców!? Po ich wyczynach na Wileńszczyźnie i gdzie indziej ? Po wstrzymaniu frontu pod walczącą Warszawą ? Dzięki obecności sowieckich oddziałów z lasów wyszli żołnierze AL, natomiast patrioci chronili się w lasach. Potem był już tylko ryk osłów, zaczadzonych ideologią, bo stopnia jej głupoty nikt jeszcze do końca nie przeniknął. Stawiano na eksperyment, zapominając że nie wypada robić doświadczeń na ludziach. Niedobitki inteligencji kryły się wszędzie, także w gruzach Warszawy, dokąd niebawem dotarli też politrucy zajmując co lepsze kwatery i nieliczne ocalałe mieszkania.

 

Głos chama ( potem Naczelnego Chama czyli pierwszego sekretarza PZPR) bywał zrazu pełen uwodzicielskiej perswazji. Wiadomo, reżim mościł sobie gniazdo, walczył o rząd dusz, a przynajmniej o szeregi zastraszonych. W akcji zastraszania brali udział też przedwojenni komuniści. Jak mówiono – „idzie pistolet i jego Ważyk” (!) Chociaż jest to poniekąd oczywiste, że komuniści przejmujący władzę nad Polską odznaczali się najniższymi cechami charakteru, warto jednak przypomnieć tu rozdział piąty z „Eseju o duszy polskiej” ( a książka to nieodzowna dla zrozumienia III RP) prof. Ryszarda Legutki,  zatytułowany: „Zbir i cham”. Taka kolejność jest istotna, bo rzecz jasna samym chamstwem komuniści nie zdobyliby władzy. Stosowali więc metody zbirów, mordując patriotów na różne sposoby ( w tym tzw.”sądy na kółkach”) lub wywożąc ich do łagrów w ZSRR. Haniebny ten proceder trwał do roku 1947, jeszcze po wojnie deportowano na wschód tysiące Polaków tylko dlatego, że nie godzili się na rządy komunistów „made in USRR”. Bojówki PPR, PPS i ORMO demolowały i paliły siedziby czy drukarnie PSL-u, a działacze PSL-u byli mordowani przez ubeckie szwadrony śmierci. Przed wyborami roku 1947 zamordowano 118 działaczy PSL-u, rozmiary terroru przewyższyły wyczyny  faszystów!

 

Od chóru chamów odbiegał nieco głos Wandy Wasilewskiej, córki (choć wyrodnej ) pierwszego ministra spraw zagranicznych w Polsce porozbiorowej. Miała bowiem dar krasomówstwa, który przydał się Sowietom w okresie formowania dywizji Berlinga, a później gdy powstawał rząd lubelski. Wasilewska umiała też wykorzystać miły timbre swego głosu dla ukrytych gróźb, np. wobec Andrzeja Witosa, którego wydobyła z sowieckiego więzienia. Kiedy Witos zwlekał z uchwaleniem planów reformy rolnej, spytała go „Ciekawe, jaka o tej porze jest pogoda w Komi?”  Witos natychmiast odczytał pogróżkę – „jak nie będziesz grzeczny, to trafisz znowu do gułagu”! I reforma ruszyła z miejsca.

 

W czasach triumwiratu ( Jakub Berman, Bolesław Bierut, Hilary Minc) głosy chamów brzmiały różnie, zależnie od okoliczności, a zdarzały się nawet polityczne niespodzianki jak flirt Borejszy z Piaseckim. Wypada jeszcze zaznaczyć, iż określenie „cham” nie jest synonimem wieśniaka, chłopa jakby ktoś przypuszczał. Ludzie ze wsi wyróżniają się nazbyt często wrażliwością, czasem wrodzoną kulturą i najwięcej powołań kapłańskich pochodzi właśnie z terenów wiejskich. W naszym ujęciu „cham” to osobnik zaprzedany prymitywnej ideologii marksizmu, zatem zdegradowany intelektualnie a stosujący brutalne metody polityczne, zwolennik represji. Prawie zawsze członek partii komunistycznej lub funkcjonariusz urzędu bezpieczeństwa. Określenie „chama” odnosi się też do osób słabo wykształconych albo wręcz nie mających żadnej edukacji. Do takich osobników marksizm-leninizm przemawiał najczęściej, zwłaszcza gdy ogłoszono go na wyrost ustrojem postępowym w stosunku do epok minionych. Nikt wtedy jeszcze nie dostrzegał, że bez likwidacji pieniądza komunizm stanie się też kapitalizmem, tyle że państwowym. Pozbawiony wolnego rynku okazał się w dodatku najgorszą formą kapitalizmu, a poprzez dogmat dyktatury jednej partii nie różnił praktycznie niczym od faszyzmu. Utrzymywany był siłą, represjami  a w megafonach słychać było ryk osłów z Komitetu Centralnego, toczących ślinę ideologii, która okazała się największym oszustwem w dziejach ludzkości.

 

Żyją jeszcze pokolenia pamiętające prostackie ględzenie Gomułki czy krzyk Cyrankiewicza o odrąbywaniu rąk podniesionych przeciwko władzy ludowej. Trudno zapomnieć też partyjny bełkot innych sekretarzy, którym raczono nas niekiedy podczas obowiązkowych kronik, wyświetlanych w kinach przed emisją filmu. Budził powszechną wesołość, a w półmroku sali śmiano się bez żenady. Niewątpliwie byliśmy najweselszym barakiem w obozie demoludów. I w kabaretach przedrzeźniano ów bełkot sekretarzy, a w piosenkach nawet system jak np. refren Wojciecha Młynarskiego o „puzzle” czyli o łamigłówce, której nie da się ułożyć. Teraz śpiewał piosenkę „Gruz do wywózki”, co jest aluzją do gruzowiska po PRL-u, gdzie hasają autorytety z teczek! Piosenkom często brak takiej subtelności,  wystarczy też otworzyć telewizor, by usłyszeć wulgarne wypowiedzi postaci kiwających się na świecznikach. Prekursorem  schamienia życia publicznego w III RP był  pewien ex-dysydent ( a wcześniej ex-partyjny ), który z ekranu rąbnął do narodu : „od…….. się od generała!” . I tak się zaczęło. A bełkot powracał czasem w enuncjacjach Wielkiego Chochoła, który wprawdzie przyparł czerwonych do muru, ale potem tańczył do taktu ich kapeli. Szczególnie gdy przekroczył próg Belwederu. Politycznym debatom w III RP brak kultury, zwracano na to uwagę niejednokrotnie, a prof.Legutko pisał o tej degradacji i o tym, że na miejsce zbira i chama „wszedł prostak, by zostać niepodzielnym władcą polskiego obyczaju, arbitrem zachowań i mód, wychowawcą młodzieży i starców” ( str.106). Zdaniem Legutki bez schamienia z okresu PRL-u nie doszłoby do fali agresywnego prostactwa w III RP, do dalszej degradacji wzorców: „…w wolnej Polsce prostak niszczył resztki decorum, jakie po komunistycznej dewastacji pozostały” (str.111). Dodajmy, że ofiarą jest nawet literatura, by wspomnieć tu tylko pisaninę Masłowskiej. Oto obraz kultury Peerelczyków.

 

Od prostactwa do chamstwa niedaleko. Obrodziło niczym chwast w wypowiedziach polityków, nawet starszych wiekiem, by wspomnieć tu jazgot pewnego oldboy’a, który swoich adwersarzy raczył nazwać „dewiantami psychicznymi”, a również „bydłem”. Jak widać chamstwo przeniknęło  głęboko obyczaje III RP, deformując język osób pretendujących do miana intelektualistów, posługujących się naukowymi tytułami. Za to wśród nieukończonych magistrów panuje moda na dyskurs  napuszony z pokusą paradoksów, jak np. w słowach absolwenta historii, który nasz kraj widzi jako wynajęty „pokój przechodni” w Europie. W dodatku utrzymuje, że to my (!) wyczerpujemy całą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi! ( patrz „Znak” nr.11/12 z 1987 r.). Zupełne odwrócenie ról, ale też ów pan jest wirtuozem kłamstw! I dlatego układ trzyma go na posadzie premiera.

 

Inny nieukończony magister uprawiał tzw. mowę-trawę, a w niej ślizgał się po problemach z gracją krokodyla, który nie skrzywdziłby muchy. Dopiero w ostateczności sięgał do rad-pogróżek ( np. „Ludwiku Dorn z Sabą, nie idźcie tą drogą!” ), a cel chyba osiągnął. Zastraszony jamnik tylko popiskuje. Owe enuncjacje sytuują się na pograniczu bełkotu, natomiast prawdziwym chamstwem są epitety typu „hołota” albo neologizm „kurwiozum” w ustach ex-dysydentów, a dzisiaj wodzirejów Salonu. Każdy widzi, że są to raczej maniery godne stajennych. W agresji chamstwa, nasyconego szczególnym jadem, bryluje pan N. oraz pan P., którzy tez uzurpują sobie godność autorytetów „moralnych”. O ich wypowiedziach można pisać rozprawy. Dziwi tylko jedno, że naród, który kiedyś wsłuchiwał się w mądre homilie Wojtyły, dziś potrafi tolerować bełkot błaznów. Ponosi też ministrów jak świadczy krwiożerczy apel jednego z nich : „dorżnąć watahę”! No tak, u mnie Chmielnicki to betka! – jak powiedział kiedyś pewien minister stanu. Obrazek godny ogniem i mieczem. A polityczne elity III RP wydają się być na poziomie mołojców, nie widać też szybkiej nadziei na wyrugowanie prostactwa. W tej żałosnej sytuacji trzeba koniecznie przypomnieć puentę jednego wiersza Bohdana Urbankowskiego: „Dosyć Cham już bełkotał, czas by krzyknął Kordian!”

Marek Baterowicz

Wykorzystano plakat Jerzego Czerniawskiego do spektaklu „Kordian” z 2006 roku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: