Jarosław Szarek – Słowa jak dynamit


alte.druckwerkstatt.65806

„Taka jest niezłomna siła prawdy, że przebija, choć późno, najgrubszą nawet pomrokę, jaką stara się ją osłonić przewrotność, korzystając z obojętności tych, którzy w obronie prawdy stać byli powinni” – czytali na początku lipca 1863 r. nasi przodkowie w konspiracyjnej „Niepodległości”.

Powstańcza bibuła, ścigana przez rosyjską policję, stanowiła fenomen na skalę europejską i wpisała się w długą tradycję walki Polaków o wolność. Niezależne druki powstawały już wcześniej – podczas powstań 1794 czy 1831 r. – ale wtedy publikowano je swobodnie, choćby w Warszawie – dopiero lata 1861–1864 przyniosły rozkwit konspiracyjnych pism ukazujących się w podziemnych oficynach. „Prasa tajna okresu powstania styczniowego była w dziejach europejskich ruchów narodowowyzwoleńczych zjawiskiem zupełnie wyjątkowym. Nigdzie indziej aż do tego czasu nie zdarzyło się, by w ciągu czterech lat ukazywała się w warunkach konspiracji tak wielka liczba różnorodnych czasopism pobudzających naród do walki…” – komentował prof. Stefan Kieniewicz, znawca powstania styczniowego.

Bibuła w konwiach na mleko…

Podobne słowa możemy napisać o czasach II wojny światowej, gdy nasi przodkowie – pod okupacją niemiecką i sowiecką – wydawali setki konspiracyjnych pism, książek. Tak było również w pierwszych latach komunistycznego zniewolenia 1944–1956. Papierowa amunicja stała się potężnym orężem pokolenia Solidarności. Jan Krzysztof Kelus śpiewał: „papierowa rewolucja/naszych powielaczogodzin/tak wynikło z koła zdarzeń,/że mieliśmy swój egzamin/w czas, kiedy jeszcze słowo/słychać było jak dynamit…”, a kilka lat później, już w stanie wojennym, Przemysław Gintrowski: „Gdy tak siedzimy nad bimbrem/Ojczyzna nam umiera/Gniją w celach koledzy/Wolno się kręci powielacz/Drukujemy ulotki/O tym, że jeszcze żyjemy/Grozi nam za to wyrok/Dziesięciu lat więzienia…”. W tym czasie druk i kolportaż bibuły stały się najpowszechniejszą formą oporu wobec komunizmu. Bagażniki małych i dużych fiatów – wydzielające charakterystyczny zapach, pasty „Komfort” i innych drukarskich specyfików – pełne druków i książek czy wypełnione długie plecaki kolporterów…

 Półtora wieku wcześniej nazywano ich „galopenami”. Zamiast plecaka były konwie od mleka i łodzie. Tak dostarczano do Warszawy choćby „Partyzanta” drukowanego w Zasławiu pod Jabłonną u rybaka Józefa Wójcickiego przez zecerów: Józefa Harasimowicza, Jana Niedzickiego i Jana Wójcickiego. Pierwsze z nich – na czele ze „Strażnicą”, najbardziej wtedy znaną i najdłużej się ukazującą, pojawiły się latem 1861 r., potem pojawiły się kolejne „Ruch”, „Głos Kapłana Polskiego”, „Wiadomości z Pola Bitwy”, „Dziennik Narodowy”… Ogółem w okresie poprzedzającym wybuch powstania styczniowego i w czasie jego trwania w tajnych drukarniach wychodziło blisko 70 tytułów niezależnej prasy. Część z nich była adresowana do konkretnych środowisk. Dla rzemieślników i robotników wydawano „Prawdziwego Patriotę”, dla włościan – „Kosyniera”, dla białoruskich chłopów „Mużycką Praudę”. Głównym ośrodkiem wydawniczym pozostawała Warszawa, ale pojedyncze tytuły ukazywały się również w Wilnie, Kijowie, Lublinie.

Nieuchwytni galopeni

„Niepodległość” – ukazująca się od lipca 1863 r. – faktycznie organ Rządu Narodowego, wychodziła co 7–10 dni w nakładzie 4–10 tys. egzemplarzy, odbijana na czterech stronach, „ładnymi czcionkami i na dobrym papierze”, docierała do najniższych szczebli konspiracji, informując o działaniach powstańczych władz, sytuacji na polach bitew i w europejskich stolicach, przedrukowując wiadomości z zagranicznej prasy i publikując własne komentarze, choćby o cywilizacyjnych różnicach pomiędzy wyrastającą z łacińskiej cywilizacji Rzeczpospolitą a despotycznym Wschodem. „Polska nie pojedna się z moskiewskim caratem, bo Polska w kolei wieków dążyła do światła, równości i swobody – Moskwa do ciemnoty, despotyzmu i niewoli, bo Polski zadaniem było i będzie rozwijać wolność indywidualną i podnosić każdą jednostkę do poczucia i używania wszelkich praw człowieka – Moskwa zaś dążyła i dąży do ubezwładnienia, do wyzucia milionów z przynależnych im praw na korzyść jednej absolutnej władzy, bo Polska niosła pobratymczym ludom swobodę i bratnią opiekę – Moskwa im niesie służalcze kajdany, bo Polska na koniec była zawsze rycerzem europejskiej cywilizacji – Moskwa zaś azjatyckiego barbarzyństwa żołdakiem”.

Na ulicach i płotach Warszawy rozklejano także liczne ulotki, wśród nich choćby urzędowe „Rozkazy Dzienne”. Mimo dziesiątków tysięcy rosyjskich żołnierzy, policji i szpicli nie mogli się oni uporać z tą działalnością, za którą groziło nie tylko więzienie, ale zesłanie w głąb Rosji. Jednocześnie oficjalna, polskojęzyczna prasa, zamieszczająca liczne kłamstwa – niekiedy prostowane w bibule – miała ogromne trudności, co było związane z jej solidarnym bojkotem. Urzędowego organu, jakim był „Dziennik Powszechny”, nie chciała składać żadna drukarnia – wielu zatrudnionych w nich zecerów oraz drukarzy pracowało zresztą dla powstania. W takiej sytuacji władze musiały kupić na własność jedną z drukarni, aby w niej – trzymani pod strażą pracownicy – drukowali znienawidzony „Dziennik”.

„Tryumf swobody słowa”

Powstanie Styczniowe zostało stłumione terrorem. Z czasem wyrosło nowe pokolenie, które znów zapragnęło sięgnąć po niepodległość. Jedną z form walki stało się wolne słowo – tak znienawidzone przez wszystkich satrapów, dyktatorów i tak ścigane przez ich policje. Józef Piłsudski w słynnej „Bibule” opisał moment wpadki drukarni pepeesowskiego „Robotnika” w Łodzi, kiedy sam został aresztowany. „Maszynka, która ze swej paszczy wyrzuciła przed aresztowaniem setki tysięcy różnych wydawnictw, która przez dłuższy czas stanowiła cel poszukiwań ogromnej zgrai szpiegów i żandarmów, stała zupełnie odkryta. Szpicle z ciekawością dotykali się żelaza, dziwiąc się, że taka drobnostka tak duże znacznie mieć może. Odbito na papierze stronicę zabitą w ramę. Podpułkownik Gnoiński przeczytał półgłosem, dyktując protokół rewizji: »Trzydziesty szósty numer ‘Robotnika’, data dwudziesty piąty lutego. Artykuł wstępny ‘Tryumf swobody słowa’. Orłow, szef żandarmów ‘żandarma Europy’ Mikołaja I, odprowadzając razu pewnego swego znajomego odjeżdżającego za granicę, prosił go o załatwienie tam małego interesu. Gdy będziesz pan w Norymberdze – mówił mu – zajdź pan pod pomnik Gutenberga, wynalazcy druku i pluń mu pan ode mnie w oczy. Od niego całe zło na świecie pochodzi«. – Wot wam i Gutenberg! – zwrócił się do mnie podpułkownik z sarkastycznym uśmiechem, wskazując na otaczających mnie i żonę policjantów. – Da, kak widitie, od niewo wsjo zło!” – wspominał Piłsudski. Minął ponad wiek, ale chętnych do plunięcia w twarz Gutenbergowi – za jego „wsjo zło” nadal nie brakuje.


Jarosław Szarek, dr historii, redaktor, publicysta, autor książek „Wojna z narodem”, „Czarne juwenalia”; współautor m.in.: „W cieniu czerwonej gwiazdy. Zbrodnie sowieckie na Polakach (1917–1956)”, „Komunizm w Polsce”, „Droga do niepodległości. Solidarność 1980–2005”; serii książek historycznych dla dzieci „Kocham Polskę”.

Opublikowane w „Gazecie Polskiej Codziennie”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: