Jan Tomkowski – Dym nad głową


Jan Tomkowski – specjalnie dla „Marsz Polonia”

Pamiętam, że jeszcze w czasach studenckich rozbawiło nas ogromnie pewne określenie, znalezione w książce o uniwersytetach amerykańskich. Autor dowodził przekornie, że chociaż uczelnie w Stanach Zjednoczonych należą do najlepszych na świecie, to jednak coraz mniej ceni się tam rzetelną wiedzę, a coraz bardziej – zdolność „puszczania dymu”.

Z grubsza rzecz biorąc, chodzi tu o połączenie elokwencji, tupetu i zaradności pozwalającej wybrnąć z każdej, bodaj najtrudniejszej sytuacji. Jeśli czegoś nie umiesz, broń Boże nie przyznawaj się do tego. Raczej już skieruj rozmowę na inne tory, a najlepiej postaraj się zaskoczyć egzaminatora. „Puszczanie dymu” to prawdziwa umiejętność, a kto zdołał ją opanować, na pewno da sobie radę w życiu.

Przypomniałem sobie o tym, gdy podczas egzaminu z literatury pewien student zapewnił, że interesuje się głównie dramatem. Nie mając zbyt wielkich nadziei na erudycyjny popis, zapytałem, czy zna jakiegoś wybitnego autora pisującego sztuki teatralne w XX wieku.

Odparł, że tak, że oczywiście i że jest to Marysia.

A potem dodał, że na pewno Marysi nie znam, bo nie jestem tak dobrze oczytany w dramaturgii współczesnej. Utworów Marysi nikt bowiem dotąd nie wystawiał ani nie drukował, lecz przecież istnieją w zeszytach czy też pamięci komputera, a ten fakt usprawiedliwia naturalnie pozytywną ocenę na egzaminie.

Nie dałem się zbić z tropu i zapytałem o bardziej znanego rywala Marysi, a mianowicie Samuela Becketta, o którym egzaminowany nie słyszał. Nie spotkał się nigdy nawet z tytułem Czekając na Godota, więc do porozumienia (to znaczy wystawienia pozytywnej oceny za egzamin) nie doszło.

A potem pomyślałem, że w czasach mojej młodości sytuacja taka byłaby chyba niemożliwa, bo w szkole czy na uczelni egzekwowano wiedzę, która dziś jest w powszechnej pogardzie – wymagano tytułów, dat, nazwisk i nazw miejscowości. Próba „puszczania dymu” skończyć by się musiała skandalem.

Dzisiejsza szkoła preferuje frazesy, ogólniki, powtarzane bezmyślnie i bezładnie opinie, wreszcie wąski zakres wiedzy wymaganej podczas sprawdzianów, testów i egzaminów. W warszawskim liceum, zaproszony na spotkanie o Norwidzie, usłyszałem od uczniów: proszę nam mówić tylko o tych wierszach Norwida, które będą tematem pytań maturalnych, a o innych nie – NO BO PO CO?

Nawet w moim instytucie spotykam się nieraz z przejawami opisywanego zjawiska. Znalazłem w pracy habilitacyjnej pewnej badaczki przynajmniej dwie kompromitujące pomyłki dotyczące datowania publikacji. Ot, drobiazg – autorka pomyliła się zaledwie o dwieście lat (cóż to jest dwieście lat w historii ludzkości?). Najważniejszy z naszych profesorów orzekł zaraz, że pomyłka nie ma najmniejszego znaczenia, bo badaczka jest genialna.

Sami rozumiecie, że znacznie łatwiej ocenić genialność uczonego niż efekty jego pracy. Bo datę sprawdzić trzeba bodaj w encyklopedii, a genialność bada się – czy ja wiem? – chyba tak na oko?

W życiu współczesnego Polaka coraz większą rolę odgrywa sfera mediów i reklamy. Są to bez wątpienia dziedziny, w których beztroska paplanina wypiera od dawna rzetelną wiedzę. Dotyczy to zarówno polityki, jak i rozrywki, w jednakowej mierze polecanych książek, co z uporem reklamowanych produktów. Nikt nie pyta już o szczegóły, byle rekomendacja dała się zmieścić w jednym zdaniu, a ocena wypowiadana była jednym tchem. Obowiązuje przecież limit czasu, ale nie limit głupoty. W naszych czasach ktoś taki jak Flaubert nie miałby racji bytu. Nie zdołałby ogarnąć dobiegających zewsząd absurdalnych opinii, nonsensownych haseł i kłamliwych zapewnień.

Czy nie zauważyliście, że wiedza jest nudna i skomplikowana, a powinna być prosta i łatwo przyswajalna – jak lansowana swego czasu teoria, że nowotwory wywołuje jedna tylko przyczyna, a na ból głowy pomaga jedno niezawodne lekarstwo?

Wyrazem tej przemiany są nawet teleturnieje, w których nagradza się już nie wiedzę, ale spryt. Uczestnicy takiej zabawy mogą wyeliminować tego, który wie najwięcej, a zatem wydaje się najgroźniejszym konkurentem do nagrody.

Wszystko – jak w życiu.

Jan Tomkowski

fotografia: Aleksander Rybczyński

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: